Sztokholm w nocy – Bieg Midnattsloppet Relacja

Sztokholm w nocy – Bieg Midnattsloppet Relacja

 

Zaczniemy od krótkiego wprowadzenia – z jakiej okazji znalazłem na starcie jednego  z największych biegów w Szwecji oraz co w ogóle robiłem wtedy w tym Skandynawskim kraju. Następnie opiszę relację tego super wydarzenia.

W drodze na start :)
W drodze na start 🙂

 

Sam pomysł na weekend w Szwecji wpadł mi do głowy w Maju. Skandynawia bardzo mnie ciekawi i wydaje mi się, że mało osób tam podróżuje.  Sprawdziłem ceny biletów (tanio) i postanowiłem zakupić przeloty na długi weekend 12-15 Sierpnia.  Dopiero później zaczęła się więc logistyka co i jak z noclegami, dojazdami oraz samym pobytem. Dopiero później sprawdziłem, czy czasem nie ma jakiegoś biegu w okolicy i na szczęście trafiłem na niemały bieg Midnattsloppet. Nie oszukujmy się Szwecja oraz sam Sztokholm są drogie i to bardzo. Z tego co zaobserwowałem to śmiało nasze ceny można mnożyć razy 2-3, a najlepiej sprawdza się po prostu dopisanie zera do naszych cen. I tak np. Bułka za 4 zł, chleb za 20 zł czy jedna brzoskwinia za 5 zł (10 koron). Obiad to wydatek rzędu 100 koron i górę. Co dobrego tu jadłem to Sery! czekolada Marabou, czy kawa Gevalia. Dużo by pisać o całym pobycie, jak będzie kilka osób ciekawych tego wypadu, to dajcie proszę znać w komentarzach, postaram się to szerzej opisać, bo to w sumie temat na oddzielny wpis.

Zwiedzanie miasta
Zwiedzanie miasta

Poranek przed biegiem rozpocząłem od planowanego krótkiego rozruchu, który w połączeniu z pagórkowatym terem oraz z zgubieniem się przerodził się w ponad 7 km w tempie prawie 5.00. Po takim początku dnia chwilkę odpocząłem i około godziny 15 wybrałem się po odbiór pakietu. Mając doświadczenie z Barcelony, tym razem przed biegiem już miałem pewność, że będę startował z pierwszej gruby (a1). Plusem dla tak dużego biegu jest możliwość zadeklarowania przy zapisach, gdzie się chce odebrać pakiet startowy (kilka miejsc w całym mieście). Moja grupa startowa miała pakiety specjalnie przy starcie.

Polowe biuro zawodów.
Polowe biuro zawodów.

Po odebraniu pakietu za 445 koron (201 zł) czyli koszuli i sznurówek :), udałem się na dalsze zwiedzanie miasta. Trochę pospacerowałem, z punktu widokowego Mosebacketerassen, na który się trzeba było solidnie na wspinać . Spojrzałem na panoramę miast a i udałem się w kierunku startu.

Widok na miasto w punktu widokowego Mosebacketerassen
Widok na miasto w punktu widokowego Mosebacketerassen

Wracając w punktu widokowego zaciekawiły mnie strumienie wody lejące się przez ulicę i upadające na dachy samochodów stojących po drugiej stronie, wtedy myślałem, że to jakaś kara za złe parkowanie 😉 ale przeznaczenie tej wody było zupełnie inne, o czym za chwile.

Takie górki trzeba było ciągle pokonywać w drugiej części biegu
Takie górki trzeba było ciągle pokonywać w drugiej części biegu

Po udaniu się na miejsce startu i po kilku minutowym biegu wzdłuż stref startowych, które miały startować w interwałach 5 minutowych, udałem się na początek biegu, gdzie dokończyłem rozgrzewkę. Z tego co zauważyłem, to tylko 1 strefa startowa miała numery, reszta uczestników (kilkanaście tysięcy) miała tylko opaski na rękach i chipy przymocowane do butów. Dodatkową różnicą pomiędzy elitą, a resztą uczestników, była możliwość biegu w swoich strojach, natomiast reszta biegaczy miała narzucony start w koszulce z pakietu.

Koszulka startowa reszty biegaczy
Koszulka startowa reszty biegaczy

Było czuć duże wydarzenie, ale jednak Barcelona przed startem zrobiła na mnie większe wrażenie. Ale te proporcje odwróciły się zaraz po wystrzale. Po cichym odliczaniu wystrzeliły płomienie w powietrze oraz zaczęła grać głośna muzyka, która mocno napędziła początek biegu. Czołówka ruszyła w szalonym tempie, a ja chciałem tego dnia pobiec i sprawdzić się na czym stoję (po? W trakcie?) kontuzji kolana.

Ostatnie chwile przed startem
Ostatnie chwile przed startem
Wraz z wystrzałem startera
Wraz z wystrzałem startera

Czułem się wyjątkowo dobrze, co kilkaset metrów były punkty z DJ-ami oraz zespołami muzycznymi, które bardzo napędzały bieg, praktycznie biegło się od punktu do punktu, gdzie grała albo rockowa, albo bardzo energiczna muzyka. Pierwsze kilkaset metrów było delikatnie pod górkę, ale nie było to zbyt odczuwalne. Spoglądałem na zegarek i z zakładanego 3.30, co chwile robiła się coraz szybsza średnia i tak pierwszy kilometr minąłem w 3.19. Trochę za szybko, ale tłum ludzi i muzyka robiły swoje. Drugi kilometr był najszybszy w całym biegu, ze względu na to, że biegł po płaskim oraz trochę z górki, zameldowałem się tam z czasem około 6.30 i wtedy  zaczynałem myśleć, czy aby na pewno  stać mnie na takie tempo? Oznaczenia kilometrów były super dopasowane do pory dnia (start o 21.20). Biały duży balon, migający różnymi kolorami z napisem przebytych kilometrów był nie do przeoczenia.  Trzeci kilometr biegł wzdłuż wybrzeża i również był bardzo szybki (międzyczas 10.01).

Takie balony były oznaczeniami kilometrów na trasie
Takie balony były oznaczeniami kilometrów na trasie

Tuż za trzecim kilometrem zaczęło się to, czego się spodziewałem, ale nie, aż w takim stopniu. Był tam podbieg, który miał z 300 metrów długości, chwila zbiegu i kolejna potężna wspinaczka, krętymi uliczkami. Na 4 kilometrze zameldowałem się prawie po 4 minutach, myślałem, że to to koniec wspinaczek, ale podbieg nadal trwał, do prawie 4,5 km. Tam praktycznie od razu zaczął się szaleńczy zbieg, aby po chwili znów delikatnie podbiegać. Cały czas biegło się albo w górę albo w dół. Dodatkowo kręte uliczki nie pozwalały się nudzić. Cały czas mijaliśmy punkty muzyczne oraz wszędzie, ale do dosłownie wszędzie stali kibice. Dodatkowo z okien nad ulicami było słychać doping. Całe miasto żyło tym biegiem. Heyyya, Heyya! to były główne okrzyki takie nasze Dawaj, Dawaj!

Strefa kibica na mecie
Strefa kibica na mecie

Dzieci, dorośli, starzy, wszyscy dopingowali, efektowne było mijanie bram, na których były zawieszone głośniki i migające oświetlenie. Największe na mnie wrażenie zrobiła ulica, wzdłuż której stały przodem do biegaczy stały taksówki i wszystkie miały włączone oświetlenie, które świeciło na biegaczy, wszystkie taksówki były takie same i biec wzdłuż nich przy dźwiękach muzyki to super uczucie. 5 kilometr minąłem w czasie 17.29, czyli cały czas zgodnie z planem, choć szkoda tej przewagi wypracowanej na początku. Dalej walczyłem praktycznie z 2 Szwedami, którzy na podbiegach mnie wyprzedzali, a ja ich doganiałem na zbiegach.

Efektowna trasa biegu :)
Efektowna trasa biegu 🙂

Na płaskim im uciekałem i tak w kółko. Cały czas powoli wyprzedzaliśmy innych biegaczy. Około 8 kilometra przebiegaliśmy pod kurtyną wodną, której woda rozbijała się o auta po drugiej stronie ulicy. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że byliśmy obok tego punktu widokowego, gdzie byłem kilka godzin wcześniej i wtedy się tu wspinałem spacerując, a teraz tam szaleńczo biegam. Przed 9 kilometrem był taki podbieg, który praktycznie pogrzebał moje szanse na połamanie 35 minut, dobiegłem tam w czasie 31.43, czyli musiałem bym ostatni kawałek pociec poniżej 3.20, ale wierzyłem, że się uda. Ruszyłem z całych sił, aby na 9.200 dobił mnie kolejny krótki, ale bardzo ostry podbieg. Tam poległem. Dalej mocno biegłem, ale czułem, że brakuje mi energii.

Ostatnie metry - bolało wszystko!
Ostatnie metry – bolało wszystko!

Przedostatni zakręt po prostu mnie zwalił z nóg. Podbiegając do niego dostrzegłem brazylijskie kobiety, bardzo skąpo ubrane, tańczące w latynoski sposób, tak jak na paradzie w Rio. Wtedy bardzo mocno wyzywałem organizatorów, że taki punkt ustawili na samym końcu, gdzie ledwo co kontaktowałem. Człowiek by chciał zwolnić, czy nawet się zatrzymać, bo było warto, a tu meta czekała tuż za zakrętem. Wtedy chyba z tej złości na organizatorów ruszyłem co sił w nogach, ponieważ zaczęli  mnie wyprzedzać inni biegacze. Ostatnia prosta to około 400 metrów szeroką ulicą oraz przy dźwiękach muzyki, brawach kibiców oraz świecącej bramy, która była metą. Biegłem ile sił w nogach, czułem kolkę oraz pieczenie, ale napierałem ile się da. Bardzo żałuje, że nie miałem pulsometru, ponieważ to na pewno było moje HR-max. Dogoniłem i wyprzedziłem jeszcze jednego Szweda i nie myślałem o wyniku na mecie, ale o tym, aby jak najszybciej się tam znaleźć. Wbiegłem i przez kilka minut dochodziłem do siebie co ostatnio bardzo rzadko mi się zdarzało.

Dużo zostawiłem na tej trasie
Dużo zostawiłem na tej trasie
Po chwili doszedłem do siebie
Po chwili doszedłem do siebie

Tam dostałem medal, a raczej monetę, batona, banan oraz wodę wszystko wydzielone przez wolontariuszy, nie można było np. wziąć 2 bananów :).

Pamiątkowy medal/Moneta
Pamiątkowy medal/Moneta

Bieg jest super, szczególnie brak chwili nudy. Trasa to tragedia, szczególnie te kręte i ostre podbiegi. Pierwszy zawodnik złamał 30 minut, nie wiem jak :/. Mój wynik to 35.06, z którego jestem bardzo zadowolony. Praktycznie bez treningów i na zmęczonych nogach dobrze wróży. Był to również duży test dla mojego kolana, które bieg zniosło dobrze, ale następnego dnia ból zaczął powracać. W tym tygodniu jeszcze mam 2 badania, które mogą wiele wyjaśnić. Jeżeli ktoś planuje wziąć udział w biegu Midnattsloppet to śmiało pytajcie, udzielę więcej szczegółów. Może będziecie mieli to szczęście i tancerki będą ulokowane na początku trasy 🙂

Share This:

One thought on “Sztokholm w nocy – Bieg Midnattsloppet Relacja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *