11.10.2021 – 17.10.2021 – Ostatnie Szlify

11.10.2021 – 17.10.2021 – Ostatnie Szlify

Nie ma się co oszukiwać, stawiam wszystko na ten bieg ultra za tydzień. Praca została wykonana, teraz tylko dodaje treningi utrzymujące, już nie przeginam, nie chce pogorszyć sytuacji, a poprawić już nie ma za bardzo czego. Zacznijmy od:

 

Poniedziałek 11.10.2021

Nie pamiętam kiedy ostatnio tak sobie skasowałem nogi, że bolało mnie następnego dnia dosłownie wszystko – stopy, łydki, uda, tyłek, nawet plecy. Zniszczenia po niedzielnej Agrykoli były na tyle solidne, że musiałem wprowadzić dodatkowe zabiegi regeneracyjne. W niedziele po biegu koniecznie wskoczyła drzemka z dzieciakami, natomiast w Poniedziałek z Rysiem kupiliśmy sól do kąpieli i dość długo w tej wodzie wieczorem posiedziałem (ciepłej), następnie 2 kilometry szybszego spaceru (biegać się praktycznie nie dało, tak wszystko bolało), aby przepompować krew i ponownie wskoczyłem do tej samej wody na kilkanaście minut (ale już gdy ostygła). Dzień wolny od biegania.

 

Wtorek 12.10.2021

Skromne 7 km z Rysiem w wózku, nogi nadal obolałe, ale już biegać się dało.

 

Środa 13.10.2021

Stan nóg znośniejszy, da się biegać więc próba pobiegania szybciej, ale nie za szybko. Nic tutaj nie chciałem wymyślać, co by mogło mnie wyniszczyć plan: 5 km po 4:00 i 5 km w 19 minut.

Z racji, że trening już mocniejszy i dłuższy, to robiłem go gdy Ryś poszedł spać (g.22:15…)  – Biegałem go na swojej pętli  na polach – 2,61 km, więc wyszło w sumie 10,4 km, natomiast to co mnie cieszy, to zgodnie z założeniami, choć lekko nie było (przy okazji solidne BNP).

 

Środowy trening

 

Czwartek 14.10.2021

Po środzie regeneracja nóg się zatrzymała, nadal czułem głębsze bóle mięśniowe – wolne 8 km z Rysiem.

 

Piątek 15.10.2021

Rano miała być siłownia, natomiast po czwartkowym treningu nadal czułem ból w nogach, postanowiłem jednak tego dnia nie ćwiczyć, aby pozwolić im dojść do siebie.

 

Sobota 16.10.2021

Nogi już ok – aby móc więcej się zając dzieciakami w weekend i wykonać swoje treningi trzeba coś poświęcić i tym czymś jest sen – wstaję o g. 6 i ruszam na siłownie – plan taki jak w ostatnich tygodniach 30 minut maszyna imitująca schody i 30 minut podbiegi.

Schody – najlepsze samopoczucie od kiedy je ćwiczę. Choć ruszyłem wolniej, to potem na tyle miałem zapasu, że wykręciłem 160 pięter czyli głównie prędkość 13 i na koniec 15  (to akurat dla mnie na przyszłość liczby, abym miał odniesienie w jakiej formie byłem).

Bieżnia – 5 minut tempo 12 km/h, wznos 6 %

10 minut tempo 10 km/h, wznos 10 %

10 minut marsz 6 km/h, wznos 15 % (choć czasem truchtałem pod górę)

5 minut 10 km/h, wznos 10 %

Wszystko super – czuje, że tutaj w podbiegach staję się lepszy, choć wiem, że bieżnia na siłowni zupełnie inaczej oddaje pracę mięśni (góra pod nogami się nie przesuwa).

Jest g. 8:30, wracam do domu – można uznać, że po treningach ale nie, siłownia miała być w piątek, a w sobotę tradycyjnie powinien być parkrun z Rysiem. Wchodzę do mieszkania, a Ryś jeszcze śpi…. Zjadam żelkę, kilka łyków wody i jadę na Pola sam. Tam przed startem jeszcze łykam żel energetyczny i ustawiam się na linii. Taki start po mocniejszej siłowni ma we mnie wytrenować 2 rzeczy: praca organizmu na żelach, żelkach i ogólnie dłuższy czas wysiłku (od g. 6:30 do 9:30) + na mocno zmęczonych nogach podbiegami/wspinaniem się próba pobiegania czegoś szybszego.

Zakładałem, że tempo 4:00 będzie wystarczające, aby wygrać, natomiast Marek Primik znów klasycznie nie patrzył na nikogo i pobiegł swoje i takim oto sposobem goniłem go przez 4 kilometry. Nie było to ściganie się, ba, nawet nie siedziałem mu na plecach, po prostu biegłem 20-30 metrów za nim, próbując nie zwolnić. Drugie okrążenie Marek jeszcze docisnął i powiększył przewagę. Na plus, pierwszy raz startowałem z muzyką na uszach, więc trochę to pomagało. Drugim aspektem, który trzymał mnie przy życiu, to, że organizm był nauczony od wielu, wielu treningów, że przyspieszamy na końcu i tak zacząłem robić. Na kilometr przed metą wrzuciłem wyższy bieg i włączyłem autopilota, około 600 metrów przed metą dogoniłem Marka i niewiele myśląc, poszedłem dalej. Ostatnie metry już odpuściłem finish, aby sobie nie naszkodzić. Czas 17:45 – okrążenia 7,49/7,36/2,19.

Pierwsze kółko – nie ma lekko
Drugie kółko, nie ma obijania się.

Nogi zupełnie ok i zastanowić się można, na ile człowiek mógłby trenować mocniej, gdyby był świadom ile wytrzyma.

 

Niedziela 17.10.2021

Niedziela przeważnie u mnie była albo startem, albo bardzo trudnym treningiem, albo tym i tym :). Tym razem było coś innego. Miałem za zadanie poprowadzić koledze bieg na 5 km w 19 minut.

Z tego powodu też w środę chciałem przebiec 5 km w 19 minut, aby poczuć to tempo. Zającowanie było super, natomiast kolega nie osiągnął założonego celu (19:07).

Według mnie, źle poprowadziłem ten bieg, trudno się mi jest tak otwarcie przyznać, jednak faktycznie chyba można było zrobić to lepiej (niekoniecznie efekt mógł być lepszy, ale realizacja pewnie tak). Realizacja – Pierwszy km z lekkiej górki 3:52-54 (miało być 3:50, ale nie trafi się tak prosto) i dalej lekko odbiliśmy (3:46), trzeci kilometr najszybszy bo około 3:42 i tu według mnie przegięliśmy, co Krzysztofa mogło przydusić, czwarty w 3:51 (4 km w około 15:10) i tu biegliśmy z wynikiem na styk, jednak problemy zaczęły się na ostatnim kilometrze, gdzie Krzyśkowi zaczęło brakować prądu i delikatnie było pod górkę, dwa-trzy razy Krzysztofa postawiło do wymiotów, więc sukces, że dobiegł. Natomiast gdybym to rozprowadził równiej może było by lepiej (lub nie), nie jestem dumny z tego prowadzenia, choć serca do walki Krzyśkowi nie można odmówić.

 

Po 5 kilometrach w 19:07 – wsiadłem w auto i podjechałem do pobliskiego Konstancina Jeziorna, gdzie chciałem zrobić trening i przetestować przy okazji kilka rzeczy:

a) wgrany track zegarka w nieznanym mi lesie

b) zakupione ostatnio stuptuty

c) pas na numer startowy

d) ponownie pobiegać w docelowych butach w naturalnym środowisku

Pas na numer testowałem nawet z starym numerem.

Celem było zrobienie 10 kilometrów w tempie 4:00 (jest tam w miarę płasko). Po uzbrojeniu się w plecak z wodą i żelem + nowe akcesoria. Ruszyłem, jak szybko ruszyłem, tak się zatrzymałem, bo miałem jakieś komplikacje z zegarkiem, ale szybko sobie to poustawiałem. Ruszyłem ponownie – początek po w miarę twardej leśnej ścieżce – nie patrzę na zegarek, spojrzę tam po około 2 kilometrach i ewentualnie będę nadrabiał stracony czas. Biegnie mi się dobrze – od czasu do czasu popijam wodę i gdzieś w okolicach drugiego kilometra zegarek każe zawrócić, przegapiłem drobną ścieżkę w lewo. Zawracam, trochę się denerwuje, że to już znacząco wpłynie na tempo biegu, ale to co za chwilę zobaczyłem wpłynęło już totalnie. Drobna ścieżka, którą już poprawnie biegłem przerodziła się w drogę, która na początku była poryta przez dziki, a potem rozjeżdżona przez jakieś traktory, błoto takie, że buty mi się zapadały prawie całe, na początku próbowałem szukać fragmentów suchych, ale potem już ich nie było, wolnym tempem pokonywałem kolejne metry i wyobraziłem sobie, że jak tak będzie w Łemkowynie, to trzeba będzie zweryfikować założenia. Po około 300 metrach takiej taplaniny, zaczęła się bardzo wąska prawie niewidoczna ścieżka, która biegła przez krzaki, powalone drzewa, liczne zakręty – lubię takie atrakcje, ale w oblepionych butach tempo zdecydowanie nie było bliskie 4:00.

Kółko zrobiłem w 23:08, ruszam na drugie okrążenie, wiem co mnie czeka i zmieniam taktykę, zamiast mocnych pierwszych dwóch kilometrów pobiegłem je delikatnie wolniej (już poprawnie dalej skręciłem) i przez błoto przedzierałem się równym tempem, dalsze przeszkody pokonywałem również trzymając rytm i przyspieszyłem dopiero na końcówce – efekt – kółko w 22:02.

Stuptuty i buty przed biegiem.
Buty po biegu

Miałem w planach jeszcze zrobić jedną pętle, ale trochę nie chciałem ryzykować – od 3 dni bolą mnie plecy (w takim odczuciu, jak by mi je przewiało). Finalnie tego dnia zrobiłem w sumie około 19 km z rozgrzewkami itp.

Efekt testu – Zegarek super, pas na numer startowy również nie odczuwałem go (miałem nawet numer startowy do testów :)). Stuptuty mega pozytywna sprawa (zobaczcie zdjęcia), nic nie wpadało do środka, a Maurycy mówi, że też nie pozwalają, aby but został w błocie.

Efekt Stuptuta, błoto po kostki, a skarpetka biała.

Na minus to buty – gdy tylko złapały błota, to od razu zrobiły się o wiele cięższe i na miękkich leśnych ścieżkach nic nie chciało się od nich odkleić. Być może lepsze modele mniej trzymają błoto, ale u mnie jest to definitywnie bardzo lepka sprawa. Wiem co mnie czeka, liczę na to, że po prostu tego błota tam tak dużo nie będzie (choć ma padać).

Podsumowanie:

Czuje się dobrze, ból pleców wiem, że minie za kilka dni. Sprzęt mam przetestowany, żele, żelki itp. również. Jestem gotowy 48 km i 1400 m up. Słyszymy się za tydzień, już po debiucie w Ultra 🙂 .

 

Dla osób, lubiących cyferki, podrzucam link do mojego profilu na Garminie i Stravie, gdzie jest więcej szczegółów na temat danego treningu.

 

https://connect.garmin.com/modern/profile/4c22508a-710c-4a38-a0bb-48801c29c1ef

https://www.strava.com/athletes/spieszsiepowoli

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *