07.04.2025 – 20.04.2025 – Tydzień przed i po startach
Poniedziałek 07.04.2025
45 minut luźnego rozbiegania – wolne, bez żadnego konkretnego planu, regeneracyjne. Jedyny minus był taki, że na trening wyszedłem dopiero po 21:00, więc nie za bardzo dobrze dla wieczornego odpoczynku.
Wtorek 08.04.2025
Główny, ostatni akcent przed sobotnimi zawodami. W planach było 5 km narastająco, w teorii od 5:00 do 4:00. Natomiast zacząłem pierwszy kilometr po 5:00, drugi w 4:30 i nie chciałem tego ani zwalniać, ani na siłę próbować biegać równo. Kolejne kilometry poszły: 4:07, 3:56 i 3:45. Potem zrobiłem cztery razy około 400 m w tempie średnio po 3:25. Trening akceptowalny.
Środa 09.04.2025
Dzień wolny – logistycznie nie udało się w ten dzień wcisnąć treningu, chociaż taki dzień wolny w tygodniu też się przydał, więc jak najbardziej okej.
Czwartek 10.04.2025
Dwie godziny grania w badmintona. Na koniec treningu, w ostatniej minucie, kiedy miałem już schodzić, lekko skręciłem prawą kostkę, co skutkowało bardzo dużym bólem i decyzją, że kolejnego dnia rano, w piątek, nie będę robił planowanego treningu badmintona, bo nie byłbym w stanie – ze względu na ból kostki. Na szczęście ból pojawiał się tylko przy skręcie, więc przy płaskim, prostym biegu nie był odczuwalny. Zastanawiałem się tylko, czy będzie mocno odczuwalny przy biegu po schodach, ale do tego miałem jeszcze dwa dni, więc na razie tylko czekałem.
Piątek 11.04.2025
Dosłownie 25 minut wolnego roztruchtania – tak, aby tylko się poruszać.
Sobota 12.04.2025
Dzień startowy – dzień próby logistycznej, ponieważ dwa starty w odstępie niecałych dwóch godzin. Plan był taki, że biegnę w pierwszej serii triady biegowej, gdzie w przeważającej większości nie ma wysokiej konkurencji na czele i musiałbym sam sobie dyktować tempo. Takie było założenie, licząc na to, że w drugiej serii nikt mocny nie przyjedzie.
Od samego startu bardzo szybko objąłem prowadzenie i sam sobie dyktowałem tempo. Pierwszy kilometr biegłem na samopoczucie, licząc na to, że na końcu będę w stanie mocniej przycisnąć. Niestety, mimo że wydawało mi się, że biegnę szybko, przez połowę trasy gonił mnie jeden zawodnik. Kiedy spojrzałem na zegarek i zobaczyłem tempo około 3:45 (a liczyłem na 3:35), skupiłem się na tym, żeby tego biegu nie przegrać. Za mną biegł zawodnik, który wyglądał na dobrego i szybkiego.
To, co mnie rozbijało na tym biegu, to fakt, że ten zawodnik cały czas biegł za mną – ani razu nie próbował wyjść obok mnie. Każde moje szarpnięcie, zwolnienie, przeskakiwanie z jednej strony drogi na drugą – nawet jeśli robiłem to bardzo wyraźnie, pokazując, że coś tu nie gra (przeskakiwałem z 10 razy) – on robił dokładnie to samo. Wiedziałem więc, że liczy tylko na finisz. Był młody, więc mógł sobie na coś takiego pozwolić, a ja nie mogłem się wypalić w trakcie biegu, żeby nie przegrać na finiszu.
Wielkim zaskoczeniem było dla mnie, gdy na podbiegach, około kilometr przed metą, ten zawodnik po prostu zgasł – zniknął, zaczął bardzo szybko tracić dystans. Ostatni kilometr przyspieszyłem już mocniej, do tempa 3:40, ale wynik na mecie był niezadowalający – 18,5 minuty.
Fajnie jest być pierwszym na mecie, szczególnie kiedy czekają tam żona i dzieci, ale żeby myśleć o podium, musiałem poczekać na wyniki drugiego biegu. Byłem przygotowany, żeby szybko przemieścić się na start biegu po schodach, więc mogłem zostać i zobaczyć, jak pierwsi zawodnicy z drugiej serii dobiegają do mety. Ewentualne podium, jeśli by się udało, mogłaby odebrać żona z dziećmi.
Niestety, kiedy zobaczyłem, jak ruszyli pierwsi zawodnicy z drugiej serii – gdzie było kilku mocnych kolegów – wiedziałem, że ich wyniki mogą być zdecydowanie lepsze niż mój. Cała pierwsza czwórka drugiego biegu pobiegła szybciej ode mnie, więc spadłem na piąte miejsce. Nie było to najlepsze rozpoczęcie triady biegowej. Moja żona trafnie zapytała: „Co by było, gdybyś pobiegł w drugiej serii?” – niestety, się nie przekonamy. Mogę tylko powiedzieć, że nie byłem tego dnia w najlepszej dyspozycji – tętno skakało blisko 190 przy tempie 3:45. To nie jest forma życia.
Całe szczęście pakiet na bieg po schodach odebrałem wcześniej, przed biegiem leśnym, więc mogłem tylko pojechać na start. Na starcie pojawiłem się dosłownie 10 minut przed swoim biegiem. Szybka toaleta, przebrałem się i praktycznie bez jakiejkolwiek rozgrzewki ruszyłem po schodach.
Na początku nie naciskałem – nie biegłem tak jak zawsze, bardzo szybko – tylko raczej równo, chcąc utrzymać tempo na całym biegu. Ciekawostką było to, że w połowie trasy na klatce schodowej stali bębniarze. Ich dźwięk był tak głośny, że było ich słychać na 10 pięter przed i po. Zanim ich zobaczyłem, nie wiedziałem, że to są bębniarze – hałas, który generowali, był tak silny, że momentami przerażający, szczególnie kiedy jesteś w klatce schodowej i słyszysz taki narastający ogromny hałas.

Bieg Rondo 1 jest o jedno piętro niższy niż ten, który normalnie trenujemy w Skylinerze, więc wiedziałem, jaki to będzie wysiłek. Pomimo tego, że na końcu przyspieszałem i miałem duży zapas, biegłem z niedosytem, bo czułem, że nie dałem z siebie wszystkiego. Czas – nieco ponad 5 minut, miejsce około 20. Jestem bardzo niezadowolony z tego biegu. Na ile wpływ na to miał wcześniejszy start w triadzie – trudno powiedzieć, ale tak naprawdę tego dnia obie sroki, które chciałem złapać, mi uciekły.

Można się doszukiwać przyczyn. Na pewno nie warto łączyć dwóch biegów – trzeba wybrać jeden. Minusem było to, że najpierw zapisałem się na bieg Rondo, a dopiero później dowiedziałem się o triadzie. Drugi minus – praktycznie zerowa rozgrzewka przed schodami i minimalna rozgrzewka przed triadą. Powinienem zacząć się rozgrzewać przynajmniej pół godziny wcześniej. I to właśnie tutaj dopatruję się największych rezerw.
Niedziela 13.04.2025
Planowałem pobiec około 10 km mocniejszego biegu – niekoniecznie super szybkiego. Ale zważywszy na to, że rozpocząłem pierwsze 5 km w tempie około 3:58, to wiedziałem, że drugie 5 km chcę pobiec mocniej. Cały dystans 10 km pokonałem w średnim tempie około 3:56. W mojej ocenie wysiłek był dość duży, szczególnie mięśniowy – takie długie trzymanie tempa od bardzo dawna nie było u mnie trenowane, i widać tu braki, które trzeba nadgonić. Taka mocniejsza dyszka powinna się częściej pojawiać w moich treningach. Kolejny fajny trening.
Poniedziałek 14.04.2025
40 minut biegania z dziećmi – wózek podwójny. Wieczorne, wspólne bieganie, fajna pogoda.

Wtorek 15.04.2025
Dzień od początku do końca zaplanowany – nie było miejsca na trening.
Środa 16.04.2025
Urodziny Rysia. Miałem w planach trening wieczorem, ale poszliśmy do restauracji. Najadłem się tak bardzo, że nie było już z czego tego treningu robić – dzień wolny, kolejny.
Czwartek 17.04.2025
Fajne 10 km po Warszawie. Po drodze było dużo zaplanowanych miejsc, więc to była taka wycieczka z otoczeniem punktów – trochę takie obiegnięcie okolicy od strony rowerowo-wózkowo-biegowej, całą rodziną.
Piątek 18.04.2025
Kolejny, już trzeci dzień wolny w tym tygodniu. Planowałem sobie dłuższe bieganie wieczorem, ale tego dnia w powietrzu wisiała burza. Finalnie nic wielkiego się nie wydarzyło, ale treningu też nie zrobiłem, więc kolejny dzień wypadł.
Sobota 19.04.2025
W końcu fajne bieganie – 10 km luźno, z Beatą obok na rowerze. Potem miałem w planie zrobić jeszcze 10 km szybciej, ale nie czułem się na tyle dobrze, by realizować całość, więc postanowiłem zrobić 5 km trochę szybciej niż planowane 10. Finalnie, gdy ruszyłem te 5 km, biegłem w tempie około 3:55. Jednak po trzech kilometrach coś mi się popsuło w brzuchu i musiałem się na chwilę zatrzymać.
Zrobiłem kilometr roztruchtania, a potem zaatakowałem kolejne 2 km – tym razem już mocniej. Te 2 km wyszły średnio po 3:41. To był jeden z tych wieczornych treningów, kiedy człowiek biegnie zgodnie z założeniem i czuje, że może przyspieszyć. W sumie 18,5 km i solidnie czułem łydki po tym treningu – to też nieczęsto się zdarza.
Niedziela 20.04.2025
Po dłuższym i nieco mocniejszym treningu w sobotę, niedzielny trening był w formie zabawy biegowej i to na bardzo długich przerwach – 10×1 minuta p.5 minut – super pogoda do biegania, ponownie z Beatą na rowerze obok. Odcinki odczuwałem dobrze, szczególnie, że ostatnie 2 były w okolicy 3:00, natomiast średnia z całości to 3:20, co pozwala nieźle już rozkręcić nogi.
Podsumowanie
Starty z poprzedniego weekendu solidnie dały mi do myślenia, że jak chcę liczyć się w triadzie biegowej i innych startach trzeba ułożyć przemyślany plan i go realizować. Kluczowe wnioski to:
- Biegać treningi na zapasie, czyli np. 5×1 km, to ostatni powinienem mieć siłę solidnie przyspieszyć, a nie ledwo dobiec na styk
- Waga – Wszedłem na wagę i tam w zasadzie jest odpowiedź, dlaczego nie biega mi się tak lekko + 4,5 kg na plusie, tutaj mocno trzeba zwrócić uwagę na to ile i czego się je
- Regeneracja – trochę połączone z pierwszą kropką, wczesne wykrywanie przemęczenia i modyfikacja planu, najtrudniejsze do wykonania, ale trzeba.
- Różnorodność treningów – skuteczne bodźcowanie różnymi treningami, tego też mi brakuje w przygotowaniach, raz szybko, raz długo, raz siłowo itp.
Cele startowe – na najbliższe tygodnie brak, ale kolejny bieg triady jest za niecałe 2 miesiące, więc przygotowania będą nadal pod przyspieszenie.
