2026.10.25 – Biegać, dyktować, nie zwariować. Status Achillesa przed startem w Łagiewnikach

2026.10.25 – Biegać, dyktować, nie zwariować. Status Achillesa przed startem w Łagiewnikach

Próba sił i pierwsze testy nogi

Aktualny stan Achillesa: codziennie z nim ćwiczyłem. Beata pomagała mi go masować — czy to łydkę, czy tył uda. Jak na razie nie czuję tego problemu, co wcześniej. Czuję inne miejsce, ale to jest normalne.

W poniedziałek nie biegałem, w niedzielę tak samo. We wtorek też nie biegałem, natomiast w poniedziałek grałem w badmintona i było OK.

Dla spokojniejszego wprowadzenia dzisiaj, w środę, też grałem w badmintona. Z nogą OK. Natomiast wieczorem próbuję zrobić pięć razy po jednym kilometrze wolno, z dwuminutową przerwą w marszu — czyli takie, nazwijmy to, marszobiegi lub lekkie interwały. Zobaczymy, jak ta noga zareaguje.

Jeżeli będzie OK, to w czwartek mam dwugodzinny turniej badmintona, więc tego dnia zrobimy sobie odpoczynek i odpuszczę bieganie. W piątek będzie już za późno na robienie szybkich jednostek, więc raczej będę celował w luźne 10 km. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

Dyktowanie na trasie i nawyki żywieniowe

Aktualnie jestem na trzecim kilometrze tego środowego biegu. Achillesa nie czuję. Zobaczymy jeszcze na koniec, dam znać — na razie taki status.

Cicho w głowie mi się tli, żeby po prostu ostatnie dwie, trzy minuty treningu kończyć wcześniej i, tak jak teraz to robię, zrobić delikatne podsumowanie słowne w telefonie. Po to, by mieć z głowy już spisane, żywe myśli. Zobaczmy więc, jak to będzie wychodziło. Na razie biegam, a to, co teraz słyszycie, dyktuję sobie po prostu w trakcie przerw. Testuję to i chciałem zobaczyć, czy uda mi się utrzymać ten reżim. Powinienem po prostu wejść w taki rytm i wypracować sobie taki nawyk.

Czuję się jak jakiś influencer — wyciągam co kilometr telefon i dyktuję fragment. Teraz będzie po prostu przesyt tej luźnej treści we wpisie. Co mogę jeszcze powiedzieć w te dwie minuty przerwy? W ostatnich tygodniach, w sumie od Barana, przestałem kontrolować to, co jem. Przed Baranem starałem się trzymać wagę, w jakiś sposób liczyć kalorie i balansować z ilością, żeby być minimalnie poniżej tego, co spalam, i trochę tracić kilogramy. Ostatnie dwa, trzy tygodnie trochę poluzowałem i zaczynam przybierać na wadze, ale z powodu Achillesa i ogólnej próby dojścia do siebie to było ważniejsze. Spróbuję wrócić do tego po Diabelskim Kole.

Pierwszy sprawdzian zaliczony

No dobra, jestem po 5 kilometrach z 2-minutowymi przerwami. Noga nie czuje większej różnicy niż przy normalnym chodzeniu, więc wydaje się, że jest OK. Natomiast trzeba będzie to monitorować, szczególnie przy większym wysiłku.

Jutro zobaczę na badmintonie. Możliwe, że nie będę tego problemu czuł, bo to trochę inna specyfika ruchu, nie tak jednostajna jak w bieganiu. No ale zobaczymy w piątek na luźnej dziesiątce i w szczególności w sobotę po mocniejszym Parkrunie.

Liczę na to, że uda mi się dowieźć to zdrowie do niedzieli, której testem będzie tak naprawdę Półmaraton Szakala. Jak to wszystko wypali, no to mogę z czystym sumieniem jechać na Diabelskie Koło. Jeżeli ból będzie wracać, to spróbujemy jeszcze walczyć, ale może być ciężko — no bo to jest Achilles.

Update: Achilles po badmintonie w czwartek też git — dwie godziny lekkiego grania.

Piątkowy eksperyment ryzykantów

Piątek, planowane dziesięć kilometrów. Bardzo wolno biegłem pierwsze pięć, bardzo ciężko mi się biegło. Biegnę po sześć minut z hakiem i to nie było bieganie — to była raczej po prostu próba ruszania się.

Co ciekawe, w okolicy czwartego, piątego kilometra Achilles zaczyna odzywać się coraz mocniej (ten lewy) i trochę mnie przestraszył. Zatrzymałem się, porozciągałem i zacząłem zastanawiać się nad dalszymi planami: co robić? Jutro miałem biec Parkrun, w niedzielę półmaraton, a tutaj Achilles się odzywa. Spróbowałem jednak kontynuować bieg.

Postanowiłem po prostu pobiec mocniej. Wskoczyłem na prędkość około 4:30, przebiegłem tak 4 km i Achilles się wyciszył. Ostatni kilometr przycisnąłem 3:44 i teraz, dyktując to w marszu do domu, nie czuję nic. Takie zabiegi nie są dobre, ale to, co czułem w nodze, mogło być po prostu jakimś cieniem dawnego problemu. Na wszelki wypadek temat trzeba monitorować, ale na chwilę obecną te drugie, szybkie 5 km poszły bez problemu. Ciekawe, jak się pozbieram na jutro rano. Na pewno nie rekomenduję każdemu takich prób, bo równie dobrze mogło to się skończyć tym, że ból by narastał, a ja wróciłbym z wielkim żalem, że zrobiłem coś takiego.

Sobotni Parkrun: Walka o każdy metr

Sobota rano — Parkrun. Cel niezmienny: 1. miejsce. Po 100 metrach już wiedziałem, że to nie dzisiaj. Pierwszy zawodnik zrobił ten Parkrun w 16:40 (wynik ze Stravy), ja prawie 2 minuty wolniej. To jest przepaść i widać, jak ktoś rusza w okolicy 3:15, a ja w 3:45. Skupiłem się na mocniejszym biegu i trzymaniu się drugiego zawodnika. Po około 1 kilometrze on źle skręcił i musiał wracać. Od tej pory biegłem sam, ale drugi i trzeci zawodnik deptali mi po piętach. Tempo dla mnie zadowalające — okolice 3:40, natomiast na minus było to, że cały czas prowadziłem. Mogłem w sumie zwolnić i poczekać na nich, ale skoro miejsce nie grało już dużej roli (czy będę drugi, czy piąty), biegłem po prostu na wynik. Cel: złamać 18:30. Zawodnicy w końcu mnie dogonili.

W okolicach trzeciego kilometra ten zawodnik nadal biegł za mną. Wiedziałem, że mam zapas pod nogą, żeby przyspieszyć, ale nie znałem go, więc wyrównaliśmy i biegliśmy chwilę razem. W okolicach czwartego kilometra delikatnie chciał mnie wyprzedzić. To były jednak miejsca, w których mój organizm jest już wyuczony do przyspieszania — znam te odcinki. Odpaliłem lapa na zegarku i ruszyłem mocniej. Co ciekawe, zawodnik biegł dalej za mną, czyli też mocniej przyspieszył.

Tutaj wchodzi już w grę głowa, nie ciało. Tak naprawdę nie miałem siły biec szybciej, ale odliczałem metry do punktu, o którym wiem, że jest 300 metrów od miejsca włączenia lapa. Mój bieg finalizował się tylko na tym, żeby dobiec do tamtej ścieżki. Dobiegłem, więc automatycznie przestawiłem głowę na to, żeby dobiec za zakręt kolejne 100 metrów dalej. Wtedy zobaczyłem, że zawodnik delikatnie odpuszcza, ale nadal był na tyle blisko, że musiałem cisnąć na maksa.

Za zakrętem to był już faktycznie strzał ostateczny — gdyby mnie dogonił, moja głowa by wysiadła. Co zrobiłem? Jeszcze mocniej przyspieszyłem za zakrętem, choć nie miałem już siły. To był atak rozpaczy: jeszcze 100 metrów docisnąć. I wtedy zawodnik odpuścił.

Ostatnie 100–150 metrów dobiegłem troszkę wolniej, wiedząc już, że mam przewagę. Drugie miejsce z czasem chyba 18:22, więc wynik niezły, ale koszt duży.

A jak Achilles? Delikatnie go czułem. To nie jest tak, że boli — czuję tam jakieś dziwne uczucie, ale wydaje mi się, że to bardziej od łydki albo jeszcze wyżej. Gdzieś te ścięgna czy mięśnie zacierają się o siebie i coś tam się spina. Nie jest to typowy ból Achillesa, więc to mnie cieszy. Na razie zobaczymy. Dotruchtałem do domu i wszystko było w miarę OK.

Z ciekawszych rzeczy: w sobotę wieczorem kupiłem lepsze buty do biegania trailowego z agresywniejszym bieżnikiem oraz lepszą kurtkę przeciwdeszczową i przeciwwiatrową. Na Diabelskie Koło szykuję się więc porządnie. Zbieram też energię na niedzielny Półmaraton Szakala, który zawsze był moim celem do odwiedzenia — nie żeby robić tam super wyniki, ale po prostu jesienią pobiegać po Łagiewnikach. Ten bieg bardzo długo był na mojej liście, praktycznie od początku moich biegowych kroków.

Półmaraton Szakala: Bieg na mocnych obrotach

Dyktuję to, idąc na start. Nadal delikatnie czuję tę łydkę i Achillesa, zobaczymy, jak to będzie sprawowało się w biegu. Planuję pobiec w okolicach 1:30, tempem 4:15–4:20. Wiem, że trasa może być delikatnie dłuższa, ale najgorszy założony wynik to średnie tempo 4:30 z zegarka. Liczę na 4:15, może szybciej.

Łydka nadal była trochę odczuwalna na rozgrzewce. Ruszyliśmy. Nowe buty są strasznie sztywne, pancerne — dobre na kamienie i długie biegi, by stopa była bezpieczna, ale trochę za ciężkie na półmaraton. Nie miałem jednak wyjścia.

Bardzo szybko wyszedłem do przodu, w okolice piątego miejsca. Nagle słyszę, że obok leci muzyka na głos. Bardzo skojarzyło mi się to z półmaratonem w Łodzi. Patrzę — a to znowu Łukasz Kubiak, który ma zwyczaj biec z telefonem i grającą muzyką. Złapałem się z nim, choć ponowna jazda jego tempem nie była rozsądna. Łukasz biegł bardzo szybko, solidnie poniżej 4:00, a ja miałem w planach 4:15 lub wolniej. Postanowiłem jednak (bardzo głupio!), że będę trzymał się z nim.

Dla spokoju ducha przestałem patrzeć na tempo. Czułem, że jest zdecydowanie szybciej niż 4:00. Skupiłem się na tętnie, które też było wysokie — ponad 170 od pierwszych kilometrów, dochodzące pod 180. Na nie też przestałem patrzeć po 5 kilometrach, bo oba parametry były za wysokie. Skupiłem się na trasie i mapce, bo bywały niewyraźne zakręty.

Pierwsza piątka wyszła w okolicy 19:20, a 10 km w 39:22. Przyznam szczerze, że to były moje maksymalne obroty — tak pod kątem prędkości, jak i tętna. A przed nami było jeszcze 11 km, i to trudniejszych. Jedyną rzeczą podnoszącą na duchu był fakt, że nadal trzymałem się Łukasza oraz że nawet jak mocno zwolnię, to i tak spokojnie dobiegnę poniżej 1:30.

W okolicach 12. kilometra była duża górka, na którą trzeba było wbiec wąską ścieżką. Obok biegła główna droga i nie zauważyliśmy skrętu. Po około 50 metrach skapnęliśmy się i przeskoczyliśmy na właściwy szlak, bo widać już było taśmy. Widok biegacza przed nami, który tego nie zauważył i poleciał daleko główną ścieżką, był wymowny — stracił przez to pozycję.

Fot. FB: Zabiegany Fotografik Konrad Ciężki

Od tego miejsca biegliśmy przez górki dosyć intensywnie: mocno pod górę, mocno w dół. Około 14. kilometra Łukasz na bardziej płaskim terenie przycisnął mocniej (albo ja zwolniłem) i zostałem sam. Nadal czułem się jednak dobrze i biegłem komfortowym tempem. Skupiałem się po prostu na przetrwaniu.

Chciałem złapać lapa organizatorów około 15 km, niestety nie było tej tabliczki (albo jej nie widziałem). Złapałem go dopiero około 16. lub 17. kilometra. Wtedy wiedziałem już, że mam średnie tempo 4:05 z całości i potrzebuję około dwudziestu paru minut, by z bezpiecznym zapasem złamać 1:30.

Ostatnie kilometry biegało mi się bardzo dobrze. Pokazuje to, że przyjęte wcześniej szacunki wolniejszego biegu nie były do końca trafne. Średnia z całości wyszła 4:05 (z oficjalnych wyników chyba 4:07). Finalnie dobiegłem piąty, a czwarte miejsce zajął Łukasz — byliśmy tuż za podium. Wynik 1:27:44 jest super jak na taką pokręconą i pagórkowatą trasę, jestem mega zadowolony!

Podsumowanie tygodnia i plany na ultra

Najbardziej cieszy mnie to, że choć łydka około 10. kilometra dawała o sobie nadal znać, to później poddała się, coś puściło i dyktując to o 20:00, prawie w ogóle nie czuję bólu. Byłem zapisany na Diabelskie Koło, ale nie miałem jeszcze noclegów — zaraz po podyktowaniu tego wpisu siadam i je zamawiam. Wystarczy teraz odpocząć i spróbować sił na ultra. Miniony tydzień oceniam super.

Formuła dyktowania po każdym biegu krótkiego, 2–3 minutowego podsumowania jest dla mnie mega komfortowa. Wpis wyszedł dłuższy niż pisany ręcznie, ale wystarczy przepuścić go przez korektę i gotowe.

Teraz czas na dwa, trzy luźniejsze treningi, a w sobotę biegniemy kolejne ultra — z o wiele większym przewyższeniem. Tam czeka 3000 metrów w górę, podczas gdy dzisiaj na półmaratonie było około 230 m. To będzie zdecydowanie inny wymiar!

Dodaj komentarz