Diabelskie Koło i 3000 metrów przewyższenia. Status po moim drugim biegu ultra
Poniedziałkowy status po maratonie i lekka regeneracja
Poniedziałek, popołudnie, dwudziesty szósty października. Status po maratonie: czuję się dobrze. Wczoraj wieczorem czułem się rewelacyjnie, nabuzowany pozytywnymi emocjami. Nogi fajnie się czuły, byłem silny po tym biegu. Dzisiaj nadal czuję się dobrze. Nogi są zdrowe, to nie jest tak, że zniszczyłem się tym biegiem, więc wszystko OK.
Achilles też coś tam cieniuje, ale nie ma takiego dużego bólu. Wyciągam z tego lekcję, że dzisiaj nie będę biegał. To jest w sumie dzisiejszy status: może trochę pospaceruję wieczorem, ale co do zasady koniec aktywności na dzisiaj.
Plany na Diabelskie Koło i krótki trening rowerowy
Mam teraz 2–3 minuty, więc trochę opowiem o planach na Diabelskie Koło. Jest to 22-kilometrowa pętla z 1500 metrami przewyższenia. Po drodze jest kilka gór do przebiegnięcia. Z tego, co patrzyłem po wynikach z zeszłego roku, zawodnicy biegnący jedną pętlę robią to w okolicach dwóch i pół godziny. Ale zawodnicy biegnący mój dystans, czyli dwie pętle, robią to w okolicach 6–7 godzin. I coś mi tu nie pasuje: albo ci zawodnicy biegnący dwie pętle są trochę słabsi, albo ci biegnący jedną są bardzo drastycznie szybcy. Ciężko mi oszacować, jaki czas osiągnę.
Bazując na tych przewyższeniach i tym, co jestem w stanie wykręcić, celuję w 6 godzin, żeby zrobić jedną pętlę w 3 godziny, a drugą mniej więcej tak samo. Zobaczymy, jak będę się czuł. Założenie jest takie, żeby pierwszą pętlę pobiec asekuracyjnie, żebym miał dużą chęć przyspieszyć. No i biegać szybko na płaskim, tam, gdzie wiem, że jestem mocny, chociaż dużo płaskiego nie będzie. Robić dobry czas tam, gdzie się da. A tam, gdzie jest po prostu stromo – czy pod górę, czy w dół – będę musiał się dostosować. Te 3 godziny na pętlę, czyli 6 godzin, to zdrowe założenie. Nie boję się, że nawet jak mnie postawi, to tam nie ma tyle miejsca, żebym tracił. Chodzenie będzie wystarczające, nawet jeżeli będzie wymuszone.
Drobny update: jednak znalazłem 30 minut w trakcie zajęć Łucji, żeby wskoczyć na rower miejski. Nie było to superwybitne jeżdżenie – światła i po chodnikach – ale przez 30 minut utrzymywałem tętno na poziomie 130. Fajnie to wyszło i liczę na to, że trochę mnie rozrusza i pobudzi regenerację, żeby już jutro można było pobiegać. W środę też planuję troszkę pobiegać, a czwartek i piątek wolne.
Wtorkowe złe samopoczucie i powrót do ruchu
Wtorek, 27 października. Obudziłem się z dużym bólem głowy – dawno takiego nie miałem – i ze słabym samopoczuciem. Przeważnie jest to spowodowane problemami z brzuchem, ale tym razem nie mogłem zidentyfikować przyczyny. Kolację jadłem normalną, na śniadanie nic nie jadłem, a po prostu mnie rozłożyło.
Uratowała mnie poranna drzemka. Koło południa przeszło, a wieczorem zrobiłem trening: trzydzieści minut, lekko, naprawdę lekko. Nic nie boli, więc to super. Praktycznie nie mam żadnych bólów w nogach, Achilles zupełnie odpuścił, więc się z tego cieszę.
Co do najważniejszego: sześć minut i osiemnaście sekund tempa, dzisiaj prawie pięć kilometrów. Ale to tak naprawdę tylko tyle, żeby się poruszać. Tutaj już nic nie trenuję, tylko próbuję się regenerować i nie zmęczyć. Organizm nawet się nie spocił, więc bardzo się cieszę z tego stanu. Najważniejsze to odpocząć w kolejnych dniach. Tyle z tej aktualizacji, idę coś zjeść i spać.
Jeszcze tylko dodam, że faktycznie skończyłem koło domu i zrobiłem rundę wokół bloku, żeby to podyktować. To koszt minuty lub dwóch dodatkowych, kiedy idę i wyciszam organizm po treningu. Mogę w ten sposób podyktować dużo więcej słów, niż gdybym siadał i pisał. Może być trochę bardziej chaotycznie, ale liczę na to, że system dyktowania pozwoli mi ładnie formować myśli na bieżąco. No i zimno jest, to też dodam.
Środa i czwartek: Badminton, pełna regeneracja i gotowość
Środa, 28 października, rano o godzinie 8:00 – badminton. Trzeba przyznać, że bardzo mocno uważałem, aby nie szaleć. Kierunek był taki, żeby lżej grać i bardziej pracować górą niż dołem, więc czuję, że po tym treningu nie jestem mocno zmęczony. Liczę na to, że to była dobra, inna jednostka, niezbyt mocno obciążająca. Reszta dnia nastawiona głównie na regenerację, jeżeli mówimy o sportowym aspekcie.
Czwartek, 29 października – regeneracja pełną parą. Dużo jem. Wieczorem wyszedłem na 30 minut luźnego biegania. Fajnie się biegało, zapas czuć pod nogą, szczególnie na przebieżkach. Bardzo dobrze się czuję, widzę, że organizm chce już większego wysiłku. Wszystkie symptomy pokazują, że jestem gotowy. Achilles jest zupełnie wyleczony, nic nie czuję w nodze, co jest dobrym prognostykiem.
Na zawodach nogi mocno dostaną po głowie, ale zobaczymy. Plan jest taki, że jutro jest piątek. Spróbuję coś nagrać, chociaż może być ryzyko, że nie nagram, bo to dzień zupełnie wolny od biegania. Po południu jedziemy. Bieg jest w sobotę o godzinie 5:00 rano. Nocleg mam troszkę dalej, więc z całą logistyką wyjdzie tak, że około godziny 3:00 nie będę spał, a o 5:00 start. Na razie kończymy – ostatnią noc, kiedy mogę jeszcze pospać. Do usłyszenia kolejnym razem.
Podróż do Sokołowska i logistyka przed startem
Piątek to tak naprawdę podróż do biegu. Sam bieg był w Sokołowsku, za Wałbrzychem, to około pięciu godzin drogi. Postanowiliśmy nie robić tak długiej podróży dla dzieci, bo w Sokołowsku nie byłoby dla nich za dużo też do roboty. Podjęliśmy decyzję, że nocleg zrobimy we Wrocławiu, a ja pojechałem przed samym biegiem, żeby odebrać pakiet i wystartować bez dzieci i Beaty. Piątek to podróż do Wrocławia i uszykowanie sprzętu na sobotę.
Sobota: Start, warunki i taktyka na Diabelskie Koło
Sobota, 31 października. Start biegu był o 5:00. Aby ogarnąć całą logistykę i dojechać z Wrocławia, musiałem wstać o 2:20. Już w drodze widziałem, że pada. Sprawdziłem pogodę – miało padać również w trakcie biegu, więc podjąłem decyzję, że pobiegnę w nowo zakupionej kurtce przeciwdeszczowej. Jak się później okazało, to była super decyzja.
Plan na bieg… Trochę opisuję to teraz z perspektywy post factum, żałuję, że nie udało mi się nagrać tego wcześniej. Jakie miałem założenia? Wiedziałem, że czas w okolicy 6 godzin powinien pozwolić na dobiegnięcie w czołówce. Zakładałem, że realnie jedna pętla poniżej 3 godzin to coś realistycznego. 44 km, więc 22 km w 3 godziny można uznać za bezpieczne tempo. Nie brałem jednak pod uwagę tego, że 1500 metrów przewyższenia na pętli, czyli 3000 metrów w sumie, może być większym wyzwaniem, niż mi się wydawało.
Zakładałem, że pobiegnę w czołówce albo przynajmniej z trzecim zawodnikiem i spróbuję biec, ile się da, a jak uciekną, to zwolnię, byle ukończyć bieg. Celem nie była walka o miejsca czy superwybitne czasy, tylko dobiegnięcie w relatywnie dobrym samopoczuciu.
Początek biegu był szybki. Pierwszy kilometr relatywnie płaski, biegliśmy po 4:30 – dla mnie po półmaratonach po 4:05 to nie było wielkim wyzwaniem. Szybko się okazało, że biegnę z pierwszym zawodnikiem, a z tyłu jest duża przerwa. Pierwszy zawodnik szybko ruszył, a po kilometrze zaczął się pierwszy podbieg, najdłuższy na trasie, który zweryfikował, kto się ściga, a kto pokonuje górkę. On podbiegał, chociaż było stromo, a ja już chodziłem, tak jak zawodnicy za mną. Szybko się wykrystalizowało, że nie dam rady biec z pierwszym, a nie chcę czekać na tych z tyłu, więc szedłem pod górę swoim tempem.
Mgła, nocna trasa i walka na podbiegach
Warunki na trasie: gęsta mgła i delikatna mżawka. U góry o 5:15 w nocy takie warunki w ciemności bardzo ograniczały widoczność. Czołówka oświetlała drogę na kilka metrów, a dalej było biało, zwłaszcza przez parę z ust. W nocy w lesie na wąskiej ścieżce trudno było przyspieszyć, zwłaszcza na zbiegach. Trzeba było uważać na strzałki, tasiemki i gałęzie, więc nie były to warunki na superszybkie bieganie.
Zdziwiłem się, że po pierwszym podbiegu, do około piątego kilometra, było cały czas delikatnie w dół. Mając za sobą duży podbieg i zbieg, miałem już jedną czwartą kółka za sobą, co było optymistyczne. Ale to była ta łatwiejsza część. Dalej zaczęły się ostre podejścia i zbiegi. Jedyny fragment do mocniejszego biegu był po dwunastym kilometrze, za punktem odżywiania – z półtora kilometra delikatnie pod górę.
W okolicy dziesiątego kilometra doganiała mnie czołówka, widziałem zawodnika za sobą na pół minuty. Wiedziałem, że ryzykuję, ale nie chciałem tracić drugiego miejsca, do którego się przyzwyczaiłem. Czołówkę na głowie w końcu wyłączyłem, bo zaczęło świtać. Miło wspominam fragmenty, gdzie na zbiegach trzeba było biec zygzakiem w wydeptanych rynienkach. Inne zbiegi były w kamieniach albo po śliskiej, błotnistej trawie. Podbiegi to były solidne podejścia. Na drugiej pętli były makabryczne: trzeba było kłaść się rękoma na górze, łapać korzeni, bo inaczej stawiało się krok do tyłu. Przewyższenie 3 tysiące metrów pokonałem po raz pierwszy w życiu. Muszę zacząć myśleć o kijkach, bo na drugim kółku nogi wysiadały.

Druga pętla, góra Garbatka i meta
Pierwsze kółko przebiegłem poniżej trzech godzin – z minutową przewagą nad trzecim zawodnikiem. Drugie kółko zaczął mocniej padać deszcz. Kurtka sprawdziła się idealnie, buty spisały się rewelacyjnie. Druga pętla bez większych wydarzeń, chociaż podejścia były wolniejsze. Cały czas kontrolowałem przewagę nad zawodnikiem z tyłu. W okolicach 16. kilometra widziałem go z góry – miałem minutę do półtorej przewagi.

Z biegu nie zapomnę góry Garbatka. Miała parszywe rozwiązanie: najpierw 200 metrów stromo, a potem 100 metrów niemal pionowej ściany. Na pierwszym kółku mnie dobiła, a na drugim czekałem tylko na to, żeby się tam wspinać, opierając się rękoma o korzenie. Mega ciężko, ale po wdrapaniu się przed trzecim zawodnikiem, na zbiegu na ostatnie półtora kilometra wiedziałem, że dobiegnę do mety niezagrożony. Wbiegłem jako drugi zawodnik z czasem 6 godzin i 7 minut – nieznacznie ponad plan, ale wysiłek był ogromny.

Podsumowanie fizyczne i logistyka żywieniowa
Straty na biegu niewielkie: jedna wywrotka na pupę i druga, gdzie na śliskim pniu wywróciłem się mocniej w ściółkę. Fizyczna strata to tylko obtarty mały palec u nogi od mokrych warunków. Nogi bolą mega, są mocniej poobijane niż po Baranie, szczególnie przez długie zbiegi. Zadowolony jestem z tego, że dawałem radę na zbiegach do samego końca. Braki czułem bardziej na podejściach.
Logistyka żywieniowa: żele energetyczne brałem co 40–45 minut, kiedy czułem potrzebę, a nie na siłę co pół godziny. Żadnych problemów żołądkowych. Na minus: na punktach brak ciastek, które fajnie przełamywały smak żeli, głównie owoce i kabanosy, więc nic tam nie jadłem oprócz coli i wody. Logistycznie jestem zadowolony.
Plany na przyszłość: Piekło Czantorii
Maraton to teraz po prostu liczba, bardziej patrzę na przewyższenia niż na dystans. Dlaczego biegam ultra? Żeby wziąć udział w Biegu Granią Tatr, co wymaga ukończenia trzech biegów z punktacją ITRA minimum 3. To był drugi bieg, a trzeci – czuję to już teraz – będzie to Piekło Czantorii. Wtedy skompletuję wymagania na wiosnę.
Piekło Czantorii to dystans podobny do Diabelskiego Koła, ale z 1200 metrami przewyższenia więcej, czyli 4200 metrów. Słyszałem, że to chyba najbardziej stromy bieg w Polsce. Jest za trzy tygodnie, więc plan to regeneracja w tydzień, tydzień podtrzymania formy i tydzień odpoczynku. Potem prawdopodobnie zakończę starty ultra.
Spodobało mi się, ale logistycznie i wysiłkowo to zupełnie inna liga. Bieganie po 6–7 godzin – Czantoria pewnie zajmie bliżej ośmiu – wymaga mnóstwa przygotowań. Odhaczymy Granią Tatr i zrobimy przerwę od tak długich biegów, chociaż zobaczymy. Start bardzo udany, czuję się okej, żadnych kontuzji. Do usłyszenia za tydzień!