Łemko Maraton 48 – Relacja cz. 1
Właśnie otworzyłem piwo bezalkoholowe, które dostałem na biegu i startuję pisać relacje z Łemko 48 km. Jest godzina 19:58 – liczę na to, że napisanie tej relacji zajmie mniej czasu niż zajął bieg :).
Przed biegiem
Ci co uważniej śledzą mojego bloga wiedzą, że docelowym startem nie miało być Łemko (48 km 1400 m up), a Ultramaraton Bieszczadzki (52 km +2250 m up). Z racji, że do Bieszczad nie dotarłem, pojawiłem się w Beskidzie Niskim na Łemko Ultra trail – Trasa na papierze wydawała się zdecydowanie łatwiejsza niż w Bieszczadach. Treningowo też byłem (a przynajmniej tak zakładałem), dobrze przygotowany. Na start pojechałem z kolegą Danielem, który również miał biec ten sam dystans co ja. Podróż minęła szybko, temat przewodni bieganie, a dokładniej bieganie Ultra – (Daniel debiut w ultra już w tym roku zaliczył w Radkowie – więc wiele się dowiedziałem na temat tego, na co uważać w debiucie). Odbiór pakietów w Krośnie przebiegł bardzo sprawnie. W pakiecie fajne skarpety, piwo bezalkoholowe + numer, chip, mapa + racebook.
Całą drogę wcinałem bułki i dość sporo starałem się pić. Energetycznie zakładam, że byłem przygotowany na tyle, na ile się dało. Wieczorem już w kwaterze oddalonej o 30 km od mety uszykowaliśmy swoje wyposażenie na bieg i poszliśmy spać.
Co miałem ze sobą na biegu, co się sprawdziło, a co nie, opiszę w dalszej części wpisu.
Noc przebiegła ok, choć bardzo czujnie spałem i to była pierwsza noc bez dzieci od 2 lat. W wynajętym domku uprzejmie podziękowałem gospodarzowi za propozycję napalenia w kominku. Rano jak się obudziłem już wiedziałem dlaczego to proponował. Nie chcieliśmy wiedzieć ile było stopni w środku, ale przy wychodzeniu na zewnątrz nie odczuliśmy zbytniej różnicy ;).
Dwa słowa o samym biegu – Impreza Ultra Łemkowyna to kilka biegów 150/100/70/48 i 30 km – wszystkie biegi startują z różnych miejsc, ale cechuje je to, że biegną wszystkie do Komańczy (poza 100 km, które kończy się w Iwoniczu). Czyli jak ktoś biegnie 48 km, to 30 km do mety biegnie już trasą biegu co zawodnicy 30 km i analogicznie inne dystanse.
Bieg słynie z tego, że jest tam przeważnie mocno błotniście i patrząc na ten bieg, mieliśmy spore szczęście, że było sucho i wietrznie w ostatnich dniach, błota było bardzo mało, ale mogę sobie wyobrazić jak tam musi być błotniście, gdy popada.
Na śniadanie ponownie zjadłem bułki – start naszego biegu był o g 9:30, ale już od g. 01:00 w nocy wystartowali zawodnicy na 150 km. Postanowiliśmy najlepiej logistycznie dla nas, że pojedziemy autem na metę i z tego miejsca organizator dla osób, które wykupiły wcześniej bilety zapewniał autokar na start. Podróż autobusem przypominała mi zawody z Koła, gdzie też jechało się 10 km na start, różnica w Łemko była taka, że na start jechaliśmy 55 km i ponad godzinę. W autobusie była wyczuwalna atmosfera wyczekiwania zbliżającego się dużego wysiłku.

Na miejscu w Iwoniczu Zdrój organizator zapewnił zabytkowe Kino jako miejsce, w którym mogliśmy odczekać do startu nie marznąc na dworze. Pogoda była idealna, kilka stopni ciepła, słońce i lekki wiatr, który ani nie pomagał, ani nie przeszkadzał.
Postanowiłem biec w stuptutach, nie przeszkadzały wcale, ale też nie były potrzebne, ponieważ może raz wpadłem w błoto, ale nawet nie po kostki. Zrobiłem dosłownie 2-3 minuty truchtu przed biegiem i ustawiłem się w… kolejce na start. Będę się starał opisywać różnice do biegów ulicznych, aby pokazać klimat takiego wydarzenia. Kolejka do startu była po to, aby każdy okazał dowód osobisty, że to on startuje i w sumie nie wiem po co więcej, listę uczestników, którzy ruszyli organizatorzy mieliby z maty startowej. Czułem się dobrze, plan na bieg był taki, aby biec z top trzy jak najdłużej się da. Odliczanie i ruszamy.
Bieg

Ruszyliśmy i wszyscy biegną wolno – jest asfalt biegnący w dół, a mi się wydaje, że nikt nie chce tutaj skorzystać z tego gratisowego łatwego początku. Wychodzę do przodu i jeden zawodnik się ze mną zabiera. Biegniemy we dwójkę i szybko oddalamy się od reszty. Od razu skręcamy w prawo i zaczyna się podbieg. Zostawiam dyktowanie tempa koledze. Ten dość mocno napiera pod spore wzniesienia, wszystko biegiem. Pamiętam słowa Maurycego, aby iść, nawet jak są siły, tam gdzie bieg nie jest znacząco szybszy od marszu pod górę. Jest taki kawałek, idę marszem, kolega biegnie i tempo nasze jest podobne. Polecam spoglądać od czasu do czasu na powyższą mapę wysokości, będziecie mogli próbować odnaleźć miejsca o których piszę. Dalej był zbieg, krótki, ale dość stromy, tam staram się trzymać kolegi, ale widzę, że on tam szaleje. Puszcza się tak, że ja choć nie boję się zbiegać, to po prostu nie nadążam przebierać nogami za nim. Zaczyna się większy podbieg. Mniej stromy, ale kolega Maciej ciśnie cały czas dyktując tempo. Za nami nikogo już nie ma, więc co – biegnę z nim. Wbiegamy na górę i trochę go zagaduje, pytam czy tu biegł, on mówi, że tak 70 km i 48, ale dawno (70 km był drugi w 2017 jak teraz patrzę w wynikach). No nic, biegniemy dalej, jest chwila, że on też idzie pod górę i pytam go, czy to normalne, że się idzie, a on pewnie tym pytaniem zauważył, że to głupie pytanie, bo się pyta mnie, czy debiut, ja odpowiadam, że tak. Chwile jeszcze zamieniamy parę słów i na zbiegu około 4 kilometra zostaję sam (nie to, że chce, tylko po prostu, aż tak szybko zbiegać nie potrafię). Maciej zbiegał tak, jakby na dole czekał na niego materac, który by go wyhamował, tylko nie było materaca na dole i dołu też nie było widać. Do tego stopień trudności podłoża – powymywane od deszczu rowki, kamienie, korzenie i masa leżących na tym liści nie zachęcały do szybkiego kierowania się w dół. Na minus, to przy takim stromym zbiegu plecak z pełnymi fiaskami mi dość mocno podskakiwał i często go po prostu trzymałem jedną ręką, co trochę utrudniało utrzymywanie równowagi. Patent na to znalazłem później, gdy naciągnąłem przypadkiem pasek od numeru startowego na dolne szelki od plecaka. Do końca biegu już było ok.
Wracając do wyścigu – jest około 4 kilometr, ja zostałem sam i zaczyna się kolejny podbieg. Biegnę na samopoczucie, czyli tam gdzie za mocno, to idę, tam gdzie mniej stromo to wolno biegnę. Dalej zaczynają się mocniejsze zbiegi, nie cisnę już ich tak mocno. Choć wolno też ich nie biegnę. W dołku trasy około 7 kilometra widzę, że średnie tempo od początku to 4:57 min/km – mówię do siebie, że to dobrze, bo skoro tak spore górki jak te z początku wraz z zbiegami dają takie tempo, to może być niezły wynik na mecie, nawet jak zwolnię potem. Czułem się dobrze.
Okolice 7 kilometr to przebiegnięcie przez Rymanów Zdrój, tam przechodzień pyta się mnie ile jeszcze do mety, patrzę na zegarek widzę 7 km i odpowiadam, że jeszcze 40 km. Odpowiedziałem i dotarło do mnie, co powiedziałem.. Jeszcze do mety zostało 40 kilometrów biegu po górach .
Kolejnej górki, której szczyt był około 10 kilometra nie pamiętam za bardzo, abym z nią walczył, po prostu biegłem. Z tego co teraz widzę, to średnie tempo podbiegu pod te górkę miałem 5:50 min/km, więc raczej to bieganie niż walka z górkami. Gdzieś w tych okolicach zaczął się asfalt i tu poczułem się jak ryba w wodzie, przypomniała mi się agrykola i wszystkie zbiegi i podbiegi. Średnia 4 kilometrów tego zbiegu (tak to był jeden 4 kilometrowy zbieg) to 4:02 min/km, trochę tam przebierałem nogami, z tyłu nawet na najdłuższych prostych nikogo nie widziałem. Mijałem co prawda kilku zawodników z trasy 150/100/70, ale ich tempo było zdecydowanie wolniejsze. Powoli zbliżałem się do pierwszego punktu żywieniowego na trasie. Tutaj chwila rozterki, bo normalnie na płaskim 1 litr wody wystarczył mi z zapasem na 36 km treningu, ale Daniel wspominał, że w górach pija się więcej i jednak postanowiłem zatankować. Na punkcie zameldowałem się z 3,5 minuty straty do pierwszego (szacunek za takie tempo) oraz około 2,5 minuty przewagi nad kolejnym zawodnikiem. Sam punkt też był ciekawy, bo wcześniej wyjąłem z kieszeni plecaka słuchawki, aby jak już biegnę sam, to sobie trochę pomóc muzyką. Wbiegam na punkt, więc słuchawki wyjąłem z uszu, a tam Pani do mnie, że proszę ręce dać do dezynfekcji, ja niewiele myśląc dałem z słuchawkami na dłoniach (od razu słuchawki również zdezynfekowane :)). Dalej poprosiłem, aby napełnili mi tylko jeden flask i od razu ruszyłem dalej. Szkoda, bo na punkcie było sporo smakołyków, ale pocieszałem się, że odbije to sobie na mecie.
Wybiegając z punktu, wkładam słuchawki do uszu i słyszę, że włączył się jakiś tryb sterowania głosem. Coś pod nosem mruknąłem na całą te sytuacje, że trzeba będzie wyciągać telefon, a tu nagle w słuchawkach słyszę, że wybrany został numer kolegi z pracy. Szybko wyciągnąłem telefon i przerwałem dzwonienie. Nie było czasu na pisanie sms-a, że pomyłka, liczyłem tylko na to, żeby nie oddzwonił (oddzwonił wieczorem :)) . Okolice 20 kilometra, to podbiegi, biegnę swoje, słucham muzyki. Czuje się ok.
Chwile tutaj o moim żywieniu – miałem sprawdzone żele i żelki, które jadłem na zmianę co około 25 minut. Trochę plany psuły zbiegi, gdzie nie bardzo było jak jeść, więc czasem czekałem, aż będzie chwila płaskiego/podbieg, aby zjeść. Piłem za to bardzo dużo, bardzo dobrą decyzją było tankowanie na pierwszym punkcie, bo na pewno by mi zabrakło wody do około 33 kilometra. Na początku piłem na siłę, choć nie chciało mi się pić, ale potem już wychodziło to naturalnie. Buty, stuptuty i cały ubiór nie przeszkadzał, wszystko pasowało. Buty nawet sprawdzały się bardzo dobrze, bo był odcinek po luźnych kamieniach i czułem, że grubsza podeszwa skutecznie ratuje mi stopy przed bólem biegu po takich twardych wystających kamykach. Muzyka ani nie pomagała, ani nie przeszkadzała.
Jak dobrze pamiętam, gdzieś przed końcem podbiegu już w lesie był kawałek pod górę, tak stromo, ze można było zbierać liście bez schylania się. Wbiegłem/wszedłem na górę. Wiedziałem, że teraz czeka mnie prawie 10 kilometry odcinek w miarę płaski. To w miarę płaski było niestety mylące, tam płaskiego nie było nic, cały czas po trudnym technicznie podłożu (choć suchym i twardym) leśnymi drogami biegłem albo w górę albo w dół. Przyznam się szczerze, że tam mi się głowa wyłączyła. Po prostu biegłem i tylko pilnowałem, aby jeść i pić w miarę regularnie. Średnie tempo po wbiegnięciu na szczyt wynosiło 5:15, czyli tyle ile Maurycy miał z całości jak wygrywał swój bieg kilka lat temu. Patrząc na pozostały profil (jeden solidny zbieg i podbieg) wiedziałem, że jestem w stanie to utrzymać. Pozwoliłem sobie nawet na delikatne spowolnienie do średniego 5:18 przed ostatnim zbiegiem. Ale gdzieś na tym odcinku nagle się wystraszyłem, jak z tyłu dogonił mnie drugi zawodnik. Wyprzedził mnie tak szybko, że po prostu pozwoliłem mu biec. Tutaj patrząc na dystans do mety (około 25 km ) i lekkość biegu drugiego zawodnika, po prostu go puściłem i trochę też wtedy zacząłem odczuwać już trudy biegu w końcu to już ponad 2,5 h biegu i ponad 1000 m up. Zaczął się zbieg do punktu w okolicach 33 kilometra. Około 2 km zbiegu, około 200 m w dół miejscami nachylenie 20 stopni, po prostu zjezdżalnia. Tam puścić się według mnie dało, każdy krok to tak naprawdę solidny gwóźdź w nogi, takiego nabijania nóg nigdy nie miałem. Ból niemiłosierny. I to tak przez dobrych kilka minut, chcesz wolniej, to musisz mocniej hamować, hamujesz mocniej, to boli mocniej i tak cały czas. Mój wyraz twarzy na tym zbiegu jaki sobie mogłem wyobrazić, mógł jedynie przypominać (w tym miejscu dobrych kilka minut szukałem jakiegoś zdjęcia, które by to dobrze oddało, ale nie znalazłem). Na domiar wszystkiego, na dole zbiegu stał fotograf i robił nam zdjęcia tej tortury. Bolało, mocno bolało. Byłem przygotowany na ból, ale to trochę inna liga. Wbiegam na drugi punkt odżywczy. Ponownie tankuje 1 flask do pełna i wypijam trochę koli. Słyszę od wolontariuszy, że mam stratę około 3 minuty do drugiego, ale mówili, że źle wyglądał. Nie chcecie wiedzieć, jak się czuje – pomyślałem i postarałem się uśmiechnąć, co po tym co przed chwilą doznałem mogło wyglądać tak:
Wybiegam z punktu – na wynikach faktycznie 3 minuty straty do drugiego (do pierwszego prawie 10 minut) i minuta przewagi nad drugim (o czym nie wiem).
Żona pisała mi SMS-y, które ładnie mi się wyświetlają na zegarku, gdy siedzę np. w pracy, ale nie przyszło mi do głowy, aby sprawdzić to w trakcie biegu. Efekt – co chwile coś mi pikało w słuchawkach, ale na zegarku była tylko informacja, że dostałem sms. Zaczynamy ostatni solidny podbieg, prawie 3 godziny wysiłku w nogach, ponad 33 kilometry i zbliża się ziemia niczyja (czyli kilometry, których nie biegałem od 10 lat (over 36 km) + kilometry po maratonie.
Jest godzina 22:05 (jak piszę ten wpis, nie biegu ;o). Dodałem zdjęcia, poprawiłem literówki i podejmuje decyzje, że rozbijam relacje na 2 części, jutro napiszę drugą tę trudniejszą część.
@Foto główne- FB UltraZajonc/lemkowynaultratrail
